niedziela, 7 czerwca 2015

Książkowo: TRAKTAT O ŁUSKANIU FASOLI

Pamięci.







Już sam tytuł zadziwia zderzeniem tak różnych słów, słów z tak różnych i dalekich od siebie obszarów życia  jak "traktat" i "łuskanie fasoli." Przypomnijmy sobie, który to z myślicieli rozważał o łuskaniu fasoli? Tak właśnie myślałam - żaden. Książka Wiesława Myśliwskiego również nie traktuje o łuskaniu fasoli. Traktuje o - życiu. Przy łuskaniu fasoli razem z jego tajemniczym gościem poznajemy koleje losu narratora - ale poznajemy je niejako nie od początku - w sensie chronologii zdarzeń - a od środka, bowiem to nie chronologia jest tym, co prowadzi narratora, a obserwacje dotyczące życia i człowieka, które czyni na przykładzie losów swoich i ludzi, których przyszło mu spotkać. I jak paradoksalny wydaje się tytuł książki, tak i dalej nie brakuje paradoksów - jak to w życiu. Zderza się nam "traktat" z "łuskaniem fasoli", zderza się nam  narrator-elektryk na budowach z narratorem- saksofonistą, zderza nam się sielskie życie na  rodzinnej wsi z tragedią wojny, która je zakończyła, zderza nam się szacunek do życia ze zmęczeniem nim i rozczarowaniem, z męczącą, smutną koniecznością życia po tym, jak naszemu narratorowi udało się przeżyć. Przewija się więc w Traktacie-  jak chyba zawsze w takich przypadkach - pytanie: po co? Dlaczego?



Narrator nie boi się zwykłych słów, sytuacji i zwykłych ludzi- w prostocie tkwi wyrafinowanie, które nie boi się pospolitości. To pospolitość szuka wartości w tym, co krzyczące,przesadzone, udziwnione. By nie bać się prostoty potrzeba mądrości i wielkiej wrażliwości - i tego nie brakuje naszemu łuskaczowi fasoli. Przekłada swojemu gościowi- i nam - łuskanie fasoli  (i inne "prozaiczne", "zwykłe", "codzienne" rzeczy) na życie.  Zwykłe czynności, zwykli ludzie i prozaiczne sprawy stają się punktem wyjścia do głębokich rozważań, uważnych obserwacji i wnikliwych wniosków. Przyznacie, że wiele potrzeba, by  przetłumaczyć jedno na drugie. By z np. temat chrapania rozwinąć w wywód o ludzkich losach.

Słuchamy o ludziach, o życiu, o czasie i o pamięci ludzkiej.

Na okładce książki czytamy: " (...)  Powieść tego kalibru artystycznego i myślowego mogła wyjść jedynie spod pióra "starego mistrza" , człowieka dysponującego życiowym doświadczeniem i płynącą  niego mądrością." I rzeczywiście, słuchamy bilansu życia, człowieka, z którego słów przebija pogodzenie  z życiem, rozumiane nie jako zgoda na wszystko, co go spotkało, ale szczera akceptacja tego, że było właśnie tak.

"Świadomość, co prawda, zawsze przychodzi po niewczasie, niezależnie od wieku. Na tym polega nasz ludzki los, że zawsze po niewczasie. Zawsze już po wszystkim. Bo też świadomość jest naszym losem, nie życie. Czy życie nasze było warte życia, czy niekoniecznie, rozstrzyga dopiero los. Życie jest tym, co toczy się bez związku, bez celu, dzień za dniem, najczęściej z woli przypadku, jako że skoro jesteśmy, musimy być. Los natomiast ustanowił człowiek jako rodzaj uznania dla życia."

Nie jest to jak wspomniałam głośna radość, cóż chyba w ogóle nie jest to radość, a raczej podszyta rozpaczą świadomość życia takiego, jakim jest, odwaga rezygnacji ze sztucznego jego upiększania i głębokie zrozumienie ludzi i zdarzeń, pozbawione wydawania oceny i osądu. Książka jest przesycona dojrzałością, która skupia się na zrozumieniu - a do tego trzeba zarówno odwagi ducha jak i sprawności intelektualnej-  ale nie na osądzie, nawet jeśli to, co mówi jest smutne lub wręcz przykre i przygnębiające. 

 "Ile? Ile? A skąd wiesz, że chcę go sprzedać? Takie rzeczy nie są na sprzedaż. Nieraz tylko to z całego życia zostaje, czego się nie sprzeda."


"O, podpis ważna rzecz. Zwłaszcza pod własną śmiercią. Dlaczego miałby się człowiek pod śmiercią nie pospisywać. Przez całe życie pod byle głupstwami się podpisuje. (...) Mówi pan, rodzi się człowiek i nie podpisuje,że chce się urodzić. O, to zrozumiałe. Mało kto by wtedy chciał, gdyby to od jego podpisu zależało. Co innego śmierć. Wobec śmierci przynajmniej człowiek powinien być wolny. (...) Pan tak mówi, jakbym miał na myśli jedynie pozory. To powiem panu, jeśli nawet, nie należy gardzić i pozorami. Gdy prawda nam nie sprzyja, zostają , na szczęście, pozory. Nieraz po całym życiu zostają jedynie pozory, że się żyło."

Nie brak też swoistego poczucia humoru, śmiechu przez łzy:

"Na jednej budowie na przykład pracował student filozofii. Właściwie skończył studia, został mu tylko jeden egzamin, gdy wybuchła wojna. A po wojnie przyuczył się kłaść posadzki. Brygadzistą nawet był, przyjaźniłem się trochę z nim. O, tęgo pił. Miał głowę nie tylko do filozofii. I razu jednego, gdy piliśmy, zaczął opowiadać o tych swoich nieskończonych studiach, a któryś go spytał:
- I czemuś nie skończył? Mogłeś po wojnie. Co to jeden egzamin.
Oczy mu krwią nabiegły, a nie wypiliśmy jeszcze tak dużo.
- A po cholerę?! Na co mi filozofia po tym wszystkim! Żaden rozum, by tego nie pojął?! Żaden Platon, Sokrates, Kartezjusz, Spinoza, Kant! Niech ich wszystkich szlag! - I aż huknął musztardówką w stół. Popatrzyliśmy po sobie, bo nikt z nas nie wiedział, co to za jedni, że aż tak mu dopiekli. Zapytać też nikt nie śmiał, bo może wypadało wiedzieć. Któryś tylko powiedział: - Widać wszędzie można spotkać takich samych skurwysynów. Nie tylko na budowach. - I nalał mu pełną musztardówkę. - Masz, wypij."


I dla śmiechu przez łzy narrator ma dużo zrozumienia. W ogóle zdaje się, że nasz narrator zna i rozumie różne formy rozpaczy :

"Byli tacy, co choćby pili na umór, zapijając może większe rozpacze. że serca omal pękały im ze szczerości, a nie powiedzieli słowa ponad to, co chcieli powiedzieć. O, kto pije z powołani, a nie od przypadku do przypadku, zna sposoby, jak dużo powiedzieć, a nic nie powiedzieć, jak się śmiać, gdy w środku nie do śmiechu, jak w coś wierzyć, gdy w nic się nie wierzy, nawet w żaden nowy, lepszy świat."


Narrator dobrze wie, że sam intelekt to za mało, żeby ogarnąć otaczajacy nasz świat:

"I kto by nie uwierzył, niech pan sam powie? Na zdrowy rozum, może nie. Tylko że zdrowy rozum przegrywa z życiem. (...) Na zdrowy rozum każdej miłości trzeba by się strzec, bo nie wiadomo, gdzie człowieka zaprowadzi. Na zdrowy rozum siebie samego trzeba by się strzec. Nie człowiek ustanawia sobie zdrowy rozum. A w ogóle to co to jest zdrowy rozum, niech pan mi powie? To ja panu powiem, o zdrowym rozumie nie dałoby się przeżyć życia. Zdrowy rozum, owszem... Ale to się tylko tak mówi, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Szkoda, że pan go nie znał, mógłby pan ją ostrzec. Nie znał pan? Chociaż jestem pewny, że i panu by nie uwierzyła. Od miłości nie da się nikogo odwieść. I, według mnie, nie należy. Nigdy nie wiadomo, gdzie się kogoś odwodzi."

Nasz łuskacz fasoli jest człowiekiem nie optymistycznym z powodu trwania w złudzeniach, ale pogodzonym z faktem, że w życiu nieuniknione są też cierpienia i rozpacz - a nawet, że życie w wielkiej części składa się właśnie z nich.. Jest to pełne głębokiego zrozumienia ale i smutne pogodzenie się z losem - przyznanie się do niego.


Nie mógł takiej książki napisać młody człowiek, i nie wiem, czy do młodych - en gros, bo nie mówię o poszczególnych przypadkach- ta książka trafi. Być może trzeba mieć własne przygotowanie- życiowe i intelektualne - by siadać do jej czytania. Czy to zresztą dziwne w przypadku dzieła, jakim jest traktat?

"Wolność, już w samym słowie, można powiedzieć, kryje się jej zaprzeczenie. Podobnie jak w najpiękniejszym złudzeniu tli się rozpacz. Bo jeśli rozumieć to jako wolność od wszystkich przymusów, to również od siebie. Przecież człowiek sam dla siebie jest najbardziej dokuczliwym przymusem. Często trudnym do zniesienia. Stryj Jan na przykład, żeby posłużyć się najbliższym przykładem. Nic przecież takiego się nie stało, żeby musiał zrobić to, co zrobił. A to, co się może stało, w każdym razie o co go podejrzewali, mógłby jakoś znieść. Nie takie rzeczy człowiek znosi. Czy powiesił się dlatego, że był wolny? Czy że nie mógł się inaczej uwolnić od siebie. Powiem panu jednio jedno, człowiek wolny jest nieprzewidywalny. Nie tylko dla innych. Przede wszystkim dla siebie.Gdy tak nieraz się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że wolność to tylko słowo, jak wiele takich słów. Nie znaczą, co chciałyby znaczyć, bo to niemożliwe. Za wysoko mierzą i dosięgły złudzeń. Kierują nam złudzenia, powodują nami złudzenia. Złudzenia nas pchają, wstrzymują, wyznaczają nam cele. Rodzimy się ze złudzeń i śmierć jest tylko przejściem z jednego złudzenia w inne. Są przecież takie słowa, które nie mają swoich stałych znaczeń. Słowa wymienne na wszystkie nasze pragnienia, marzenia, tęsknoty, myśli. Można by powiedzieć, słowa bezcielesne, zabłąkane we wszechświecie innych słów, słowa, które szukają swoich znaczeń czy, lepiej byłoby powiedzieć, swoich wyobrażeń. Jak chociażby wieczność, nicość. Więc kto wie, czy i wolność do tych słów nie należy. Takich słów trzeba się jednak strzec, jako że potrafią się wcielić w każde znaczenie i w każde wyobrażenie. W zależności, na ile gotowi jesteśmy się im poddać i do czego chcemy ich użyć. Według mnie to nawet natura nie jest wolna."

Narrator, który niejednokrotnie narzeka na tę funkcję, jaką jest pamięć niejednokrotnie mówi o jej potędze, by nie rzec - tyranii pamięci.

"Czy zastanawiał się pan kiedyś, jak silnie związani jesteśmy z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślonej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia(....). Przeszłość, drogi panie, nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi. Zresztą cóż to jest czas? Czy w ogóle coś takiego jak czas istnieje, wykluczając kalendarze i zegary? Zużywamy się tylko, ot, i wszystko. Jak wszystko wokół nas. Życie jest energią, nie trwaniem, a energia wyczerpuje się. A wracając do przeszłości, ona nigdy nie odchodzi, wciąż ją od nowa tworzymy. (....) Pamięć jest tylko funkcją wyobraźni, Wyobraźnia jest tym jedynym miejscem, z którym czujemy się związani, którego możemy być pewni, że tu właśnie żyjemy. I także umierając, w niej umieramy. Razem ze wszystkimi, którzy kiedyś umarli, a którzy pomagają i nam umrzeć."

I wraca - pamięcią - do miejsc, które już nie istnieją- nawet, jeśli nadal są punktem na mapie-  i do ludzi, którzy już nie żyją. 

"Nie, nie wraca się już nigdy w to samo miejsce. Tak naprawdę tego miejsca już nie ma i nawet takiej możliwości nie ma, aby było gdzie wrócić. (...) Wszystkie miejsca poza człowiekiem to już nie są miejsca. Jedyne miejsce człowieka jest tylko w nim. Niezależnie czy jesteśmy tu, gdzie indziej czy gdziekolwiek. Teraz czy kiedykolwiek. Wszystko, co na zewnątrz, to jedynie złudzenia, okoliczności, przypadki, pomyłki. Człowiek jest sam dla siebie miejscem, zwłaszcza tym ostatnim (...) Nie musiałbym aż dotąd udawać. To prawda, całe życie musimy udawać. Nie ma chwili, żebyśmy nie udawali. I nawet sami przed sobą udajemy. W końcu jednak przychodzi taka chwila, że nie chce nam się dłużej udawać. Stajemy się sami sobą zmęczeni. Nie światem, nie ludźmi, sami sobą. Tylko nie sądziłem, że to już."

A może to oni wracają do niego?

"I o tej porze kto tu mógłby do mnie przyjść? Najwyżej ktoś z umarłych."


Dźwiga więc narrator - w sobie - wszystko co pamięta, wszystko co przeżył, każdego, kogo znał (a nawet nie znał) a nawet - o paradoksie- wszystko, co dano temu utracił.

"Nie mówiąc już, że chciałem się oderwać od swojej pamięci, która, tak to czułem, jakby mnie wciąż gdzież zawracała. Myślałem, ta pamięć tu zostanie, a ja tam będę grał. I nieoczekiwanie ten reumatyzm. Wszystko wróciło jakby ze zdwojoną siłą. Całe moje życie nagle się upomniało. Nie wiedziałem nawet, że je w sobie noszę."


Traktat przepojony jest nostalgią, za tym, co utracone, tęsknotą za tym, czego zdarzenia i czas pozbawiły narratora. To również książka o tym, jaką traumę zostawia po sobie wojna - nie w formie ogólnych podsumowań, ale na podstawie poszczególnych losów ludzkich.


Wiele w niej zrozumienia, dla ludzi i dla życia, dla ludzkiego cierpienia, dla ludzkich potrzeb:



„I byłbyś na mnie zły. A nie chcę, żebyś był zły. Zły, to ktoś musi być winny. A tak to już jest, że zawsze winna jest kobieta. Czy nie zdążyłbyś i też bym była winna ja. Ale nie martw się, nauczę cię, przekonasz się. Zawsze kiedyś jest ten pierwszy raz. Nic nie umiesz, to by było  aby raz, dwa, a nie chcę tak raz dwa. Dość miałam takich raz dwa. Gwałcili mnie żołnierze, to wiem co to raz dwa. Tylko medale nade mną fruwały, a pięciu ich było. Nawet mi się płakać nie chciało. Co ci zresztą będę mówić. Nie musisz wiedzieć, jaki świat był jeszcze wczoraj. Może ty na lepszy przyszedłeś. Chciej być na lepszym. Jak chcą chłopy, niechby się i bili, ale żeby kobiety z dziećmi za ich wojny nie płaciły. Chociaż te  moje pijaki nieżołnierze, a też nie były lepsze. Przychodziło to pijane, bez czucia, to tak samo aby raz, dwa i już spało. A raz dwa, to jakby się na tobie taki mścił. Czy żołnierz, czy mąż. I za co? Że świat tak stworzony, że musi być dwoje? A przecież do kochania stworzony. Bez kochania nie byłoby po co żyć. Samo spanie, jedzenie po co? Robić po co? Komu by się chciało wtedy robić? Czytałam kiedyś taką książkę, że ktoś przy kochaniu na kobiecie umarł. Serce nie wytrzymało. Uwierzyłbyś, serce. Wszystko w sercu zbiera. Za dużo się nazbiera i nie wytrzymuje. Nie śpisz? (…) I serce buch, buch, czuję. (…) O, jak mi to bije. Jakby też chciało nie wytrzymać.”

Autor poświęca też uwagę słowu - nie dziwota, wszak pisarz pracuje w słowie niby nasz narrator w elektryce:


"Według mnie tak, wszystko od słów zależy. Jakie słowa, takie rzeczy, zdarzenia, myśli, wyobrażenia, sny i wszystko, nawet co na samym dnie człowieka. Byle jakie słowa, to byle jaki człowiek, byle jaki świat, byle jaki nawet Bóg."


"Bo kto wie, czy w tym jednym zdaniu nie powiedzieliby sobie tego, czego nie powiedzieli przez te wszystkie lata. O, w jednym zdaniu może się dużo zmieścić. Może się całe życie zmieścić. Zdanie jest wymiarem świata, powiedział filozof. Tak, ten. Czasem sobie myślę, czy nie dlatego tyle słów musimy przez życie powiedzieć,a by się mogło z nich wytopić to jedno zdanie. Jakie? Każdemu jego własne. Które mógłby człowiek w przypływie rozpaczy powiedzieć i nie skłamałby. Przynajmniej wobec siebie."

"Niech pan tak zgłębi się, niech pan spróbuje jakby tą pierwszą myślą, o ile to możliwe, nieskażoną jeszcze niczym, dotknąć świata. Przyzna pan wówczas, że to, co opowiedziane, nie odwrotnie, ustanawia to, jak było, jest czy będzie, nadaje wymiar temu, skazuje na nicość lub na zmartwychwstanie. I tylko to, co opowiedziane, jest jedyną możliwą wiecznością. Żyjemy w tym, co opowiedziane. Dlatego coraz ciężej żyć. I może tylko sny stanowią o nas. Może jeszcze tylko sny nasze?"



"Spojrzałem na nią. Myślałem, że mi się wydaje, ale nie, po jej policzkach płynęły łzy. - Nie płaczę - zaprzeczyła, chociaż nic nie powiedziałem. - Wyszliśmy tylko z wody i mamy mokre twarze. Ty też, mogłabym powiedzieć,że płaczesz. Alle ja właśnie płakałem. Nie po wierzchu. Czułem coś takiego, jakby z drugiej strony moich oczu łzy do wewnątrz mnie spływały. (...) Co chciałem wtedy powiedzieć? Nie pamiętam. Ale dla mnie to były najważniejsze słowa w moim życiu, jakie chciałem powiedzieć, a których nie powiedziałem. Tak zastanowić się, to ile takich niewypowiedzianych słów przepadło na zawsze. A może ważniejsze były od tych wszystkich wypowiedzianych?"


Fabuła rozwija się stopniowo, stopniowo poznajemy coraz więcej informacji dotyczących poszczególnych wątków, i to co na początku może zdać się nam chaosem, luźnym strumieniem świadomości jest w istocie głęboko przemyślaną i wspaniale przeprowadzoną konstrukcją literacką.  Początkowo sielski, zmitologizowany, ubajkowiony wręcz klimat wsi i domu rodzinnego narratora w końcu zostaje przeciwstawiony traumie wojny i przerażającemu końcowi wspominanego przez niego świata i życia. 
Jak w "Paragrafie 22 " kiedy początkowo bez sensu wydaje się nam powtarzana fraza: "Kogo obchodzą niegdysiejsze śniegi", a potem odkrywamy straszliwe dla bohatera znaczenie owych słów, i już wiemy, czemu wciąż przewijają się na kartach książki, tak samo w tym przypadku - mimo wciąż panującego nastroju tajemnicy- widzimy opowiadaną przy łuskaniu fasoli historię w coraz szerszej perspektywie czy może coraz bardziej z bliska i szczegółowo. Zaczynamy rozumieć.


" W młodości nieistnienie nie wydaje się jeszcze tak przerażające. A ja, widzi pan, zawsze żyłem na granicy istnienia, nieistnienia. I nawet gdy mi się wydawało, że jestem, to jakbym był jedynie w przelocie, na tymczasem, w odwiedzinach u kogoś, chociaż nie wiem u kogo, bo nie mam nikogo."

Narrator przeżył, by stracić wszystko, czym było przed wojną jego życie. Cała ta książka w moim odbiorze jest przepełniona tęsknotą i rozpaczą, ogromnym poczuciem straty. Może to książka o wszystkich, którzy stracili coś ważnego?  I musieli żyć dalej, tym swoim - nie swoim (bo zapowiadało się inne) życiem? Oglądając paradoksy życia i będąc jednym z nich - jak elektryk- saksofonista? Jak inni ludzie pracujący z nim na budowach, z których "nikt nie był, kim się wydawał"? W tym wypadku to wojna zrobiła ludziom wyrwę w życiorysie, zagmatwała linię życia, ale czyż nie można tego rozciągnąć na każdy - i niekoniecznie wojenny-  ludzki życiorys, w którym znalazła się wielka trauma?


Tak jak w tej książce wraca się do miejsc, których już nie ma i do ludzi, którzy już umarli? A może to oni wracają do nas? Zdarzenia mijają, ludzie odchodzą, a pamięć trwa, i trwają w nas. Czy nie przeczy to logice tracić coś, co się straciło więcej niż raz? Przeżywać coś co się już przeżyło? Bez pamięci byłoby to niemożliwe. A jest.

"Nieraz gdy się rano zbudzę i pomyślę, że muszę do wieczora żyć, mam wrażenie, jakby to było znów od urodzenia do śmierci. Nie wiem, czy pan kiedyś coś takiego odczuwał, ale jakby coraz trudniej było przeżyć dzień. Nie, nie chodzi o to, że długi. Jakby to panu powiedzieć. No, tak jak dzisiaj. Dzień jak każdy, a całe życie."

I co męczy człowieka bardziej - to, co się dzieje, czy to o czym pamięta? Czy on sam? A może w ogóle jedno i drugie i trzecie? I co wykazuje się większym okrucieństwem: zdarzenia bieżące, czy nasza pamięć?  Ja stawiam na to drugie - gdyż pamięć za nic ma czas i nie szanuje prawa przemijania. Wszystko mija kiedy się kończy i to wydaje się niezaprzeczalne. I tylko pamięć potrafi temu zaprzeczyć. Tak trwają - o paradoksie (kolejny!) rzeczy, które minęły. Ale się nie skończyły.
Wydaje mi się, że również nasz łuskacz fasoli postawił na to..



"Włożyłem pętlę na szyję i miałem już łazami odczepić się od słupa, ale spojrzałem jeszcze w dół, na ziemię, i zobaczyłem stryja Jana. Stał z zadartą głową i patrzył, co robię. Nie, nie wydawało mi się. Widziałem go, o, jak pana tu widzę.
- Nie rób tego - powiedział. - Powiesiłem się i nie widzę różnicy."

 I - kolejny paradoks - pomstowanie na pamięć i jej dyktat, zostawianie za sobą dawnego życia, świadomość, że nigdy się nie wraca (" Zrozumiałem, że gdy się raz odejdzie, nie ma już prawdziwego powrotu. To dotyczy wszystkich sytuacji tego typu." Sławomir Mrożek):

 "Jak tam zresztą było, tak było. Nie ma dziadka, nie ma babki, nie ma stryja Jana. A czasem mam wrażenie, jakby nikogo już nie było. Może także mnie? Nieraz próbuję tego dociec, jestem czy nie jestem. Tylko że sam dla siebie człowiek nie jest świadectwem. Musi zawsze ktoś drugi poświadczyć."

przy jednocześnie rozpaczliwej - bo niemożliwej, o czym w sferze umysłu dobrze wiemy- próby powrotu do wszystkiego, co dawno utracone, do domu. A jednak próbujemy. I jak opisać rozpacz i tęsknotę nie używając wcale takich słów? Jak opisać rozpaczliwe pragnienie powrotu do domu, do wszystkiego, co straciliśmy jego próby,  które - o czym z góry wiemy - skazane są na niepowodzenie? 
Może właśnie tak, jak poniżej.
Choć sama ta książka - nie mówiąc o innych - pełna jest tego rodzaju fragmentów tekst poniżej jest chyba najsmutniejszym,  a jednocześnie najbardziej trafnym opisem smutku, rozpaczy, poczucia straty, żałoby tkwiącej pod powierzchnią wszystkich zdarzeń, i tego, że prócz tego, co ogarniamy myślą naokoło - i w nas samych- są rzeczy, których myślą nie ogarniemy - nie dlatego,  że mamy niesprawny intelekt, ale dlatego, że wymyka się to  umysłowi. Może dlatego, że jest od niego większe?
Może dlatego te powieść nazwano "wielką powieścią metaficzyczną?"

"A w ogóle może wszystko jest pamięcią. Cały ten nasz świat, odkąd jest. I także my obaj, te psy. Czyją? Tego nie wiem. (...) Zatrzymałem się tylko na chwilę przed drzwiami, bo nie wiedziałem, co powiedzieć, gdy wejdę. Po tylu latach, nikt się już pana nie spodziewa, i co powiedzieć, że po co przyszedłem? I tak biłem się z myślami, wejść, nie wejść i co powiedzieć kiedy przekroczę próg? A przekroczyć próg najtrudniej w sobie, jak pan wie. W końcu pomyślałem, najlepiej zwyczajnie wejdę i spytam, czy nie mają fasoli do sprzedania. Siedzieli w kręgu tej naftowej lampy, ojciec, matka, dziadek, babka, obie siostry, Jagoda i Leonka, i stryj Jan jeszcze żył. On jeden wstał, gdy wszedłem, i napił się wody. Pił dużo wody przed śmiercią. A tak wszystkim strąki fasoli zastygły tylko w rękach. (...) Patrzyli na mnie, ale oczy mieli już jakby umarłe, tylko nie miał im kto pozamykać powiek. Jedynie te strąki w ich rękach świadczyły, że łuskają fasolę. No, i nie poznali mnie."







......................



Na frapujące od początku pytanie (na które miałam przeróżne odpowiedzi):  kim jest ów tajemniczy gość, którego narrator zdaje się poznawać, zdaje się, że widział już wcześniej i wiele razy? Ja odpowiedziałam sobie w końcu: to śmierć. Przyszła do naszego łuskacza fasoli w płaszczu i kapeluszu, więc miał trudności z jej rozpoznaniem. Dużo przeżył, dużo przemyśłał, więc i wiele miał jej do powiedzenia. Może stąd wzięła się jego szczerość - jaki jest sens kłamania śmierci? Może dla niektórych to jedyna chwila, kiedy przestają udawać i kłamać? Może samych siebie latami zręcznie okłamywali, ale po co okłamywać śmierć?

.......................

W trakcie lektury zaznaczałam sobie i notowałam niektóre cytaty, ale prawda jest tak, iż właściwie cała ta książka to jedna - godna przeczytania, zaznaczenia, i wynotowania -  sentencja.

Książka jest wielka - pod każdym względem - ja zwróciłam większą uwagę na wspomniane wyżej jej aspekty, ktoś inny może skupi się na innych. 
Tak jak nie sposób wszystkiego co tego warte z niej  wynotować - bo trzeba by przepisać całą książkę- nie sposób też wszystkiego w niej omówić, a nawet wszystkiego co w niej  tu dotknąć -do tego trzeba by napisać kolejny traktat.

Cieszy, że została uznana i dostała w 2007 r. Nagrodę Nike. Zrazu pomyślałam sobie, że powinna być lekturą szkolną, ale zaraz potem pomyślałam: hola, hola, moja pani! Uczniowie z zasady nie cierpią lektur, a teraz w dobie powszechnych Internetów  to pewnie już ich wcale nie muszą czytać, ani nawet bryków.   (wiecie co to były bryki?) A ta książka jest gruba, niełatwa i o niełatwych sprawach traktuje. Niech więc czyta ją ten, kto chce, i ten, kto jest na nią gotowy.  Najgorsza rzecz to dać człowiekowi coś, czego nie jest gotowy przyjąć. Zmarnuje się owo coś - jedna strona będzie miała poczucie straty, a druga zlekceważy dar. Niech więc czytają ja chętni, a jeśli ktoś nigdy nie będzie na nią chętny i gotowy  - cóż, to też trzeba uszanować. Nie wszystko jest dostępne dla każdego.

Ja jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki, i zamierzam przeczytać inne powieści Myśliwskiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zachęcam do pozostawiania komentarzy i z góry za nie dziękuję :)
Komentarze zawierające link nie będą publikowane.