wtorek, 29 listopada 2016

NATURA SIBERICA rokitnikowa pianka do włosów MAXIMUM VOLUME

Pianki do włosów nie są przyjaciółmi moich włosów. Włosy mam z natury bardzo suche, kręcone, cienkie, a więc równocześnie bardzo potrzebujące dodania im objętości. A pianki sklejają mi włosy, wysuszają je, no i dostaję efekt całkowicie odwrotny od pożądanego... Dlatego już dawno przestałam kupować pianki do stylizacji włosów.
To jak trafiłam na tę piankę? Cóż, dostałam ją w zamówionej paczce... chyba przez pomyłkę. Bo nie zamówiłam jej. I co działo się dalej? Czytajcie. 


Informacje od producenta:


Rokitnikowy mus do włosów - maksymalna objętość - do wszystkich typów włosów - zapewni nieprawdopodobną objętość fryzurze i ochroni włosy przed negatywnym działaniem termozabiegów przy układaniu. Przywraca włosom sprężystość i życiową siłę. Fryzura zwiększa objętość, a włosy stają się piękne i zdrowe.
Wchodzące w skład musu witaminy i aminokwasy odżywiają i regenerują włosy, oleje rokitnika ałtajskiego i szarłatu (amarantusa) sprzyjają wykształceniu keratyny, zapewniającej włosom trwałość i blask. Olej białego syberyjskiego lnu i proteiny jedwabiu zachowują wilgoć w strukturze włosów.
Zalety produktu:- Zwiększa objętość fryzury od samych korzeni
- Utrwala ułożenie fryzury
- Stymuluje wzrost włosów
- Nawilża i odżywia włosy
 
Sposób użycia:
Nanosimy  niezbędną ilość musu na suche lub lekko wilgotne włosy. Przystępujemy do układania. Nanoszenie musu na bardzo mokre włosy nie przyniesie pożądanego efektu.


Skład: Aqua, Hippophae Rhamnoides Fruit Oil*, Amarmnthus Caudatus Seed Oil*, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil*, Pinus Sibrica Seed OilWH, Hydroxypropyltrimonium Hydrolyzed Corn Starch, Polyquaternium-4, Avena Sativa (Oat) Kernel Extract*, Panax Ginseng Root Extract*, Arctium Lappa Root Extract*, Pinus Pumila Needle ExtractWH, Agrostis Sibirica ExtractWH, Achillea Asiatica ExtractWH, Cetrimonium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Tocopherol, Retinyl Palmitate, Biotin, Folic Acid, Cyanocobalamin, Niacinamide, Pantothenic Acid, Pyridoxine, Riboflavin, Thamine, Yeast Polypeptides, Silk Amino Acids, Pinus Sibirica Seed Oil Polyglyceryl-6 EstersPS, Phospholipids, Sphingolipids, Hippophae Rhamnoidesamidopropyl BetaineHR, Pineamidopropyl BetainePS, Hydrolyzed Vegetable Protein, Cetrimonium Bromide, Benzyl Alcohol, Ethylhexyglycerin, Parfum, Citric Acid, Benzyl Salicylate, Butylphenyl, Methylpropional, Citronellol, Geraniol, Limonene, Linalool.



Wg mnie:

Jedyna jak dotąd pianka, która sprawdza się na moich włosach, nie skleja ich, nie obciąża, nie wysusza, dodaje objętości = spełnia obietnice producenta! Po prostu.
Polecam i sama zamierzam ją jeszcze kupić, bo właśnie ją zdenkowałam.

niedziela, 27 listopada 2016

IWOSTIN RE-STORIN krem odbudowujący pod oczy



Niech Was nie dziwi, że sięgam po krem dedykowany tej grupie wiekowej, gdyż wychodzę z założenia, że lepiej zapobiegać niż zwalczać. Tym bardziej, że w tej – moim zdaniem najbardziej problematycznej i najszybciej się starzejącej – strefie  i u mnie jest co zwalczać. Co? Zmarszczki, coraz bardziej cienka skóra i coraz większe sińce pod oczami spowodowane tym, że co prawda nie robią mi się pod oczami worki, ale odwrotnie - coraz większe doły, które niestety możecie sobie obserwować od pewnego czasu w moich makijażach.


Krem kosztuje ok.40 zeta za 15 ml, nabyłam go w aptece.


Znajduje się w praktycznym opakowaniu z pompką:



Informacje od producenta i skład:




Wg mnie:

jedno słowo: rozczarowanie. 
Działa zbyt słabo przeciwzmarszczkowo i za mało odżywia  cienką i delikatną skórę wokół oczu (przynajmniej moich).
Drugie słowo: zdziwienie. Nie sprawdza się na mojej 36-letniej skórze, więc nie wiem, jak ma pomagać Paniom po 50-tce...  Jego cena i miejsce zakupu - apteka, a także obietnice producenta jeszcze bardziej nasilają moje rozczarowanie.
Jeśli go polecam to chyba tylko osobom ok. 30-tki, a swój egzemplarz pewnie oddam młodszej siostrze.

sobota, 19 listopada 2016

JANDA MĘSKI SUPER KREM



Nowość od JANDA czyli  krem z nowej serii  - dedykowanej tym razem  Panom.
Kosmetyki dla kobiet tej marki lubię, a kilka z nich wręcz mnie zachwyca.
Co mogę powiedzieć o tym kremie? Czytajcie.



W eleganckim i prostym, jeszcze mniej kolorowym, a bardziej "surowym" niż kartoniki kremów dla Pań, za to ozdobionym fakturą (całość bardzo mi się podoba!):



otrzymujemy krem, którego producent informuje:




 Skład:


Krem znajduje się w praktycznym, lekkim, plastikowym  opakowaniu z pompką:






Testował go na sobie mój mąż (przyznaję, raz i ja użyłam tego kosmetyku :)


Krem:

-  ma wyraźny, ładny "męski" zapach,
- bardzo szybko się wchłania,
- nie pozostawia po sobie żadnego tłustego filmu,
- zmiękcza i wygładza skórę,
- łagodzi podrażnienia,
- poprawia koloryt,
- nawilża,
- łatwo i szybko zapewnia komfort i zadbanie (na dzień i na noc) dla męskiej twarzy.


Polecam Panom, a w okresie zbliżających się Mikołajków i Gwiazdek polecam na prezent dla Panów.

Krem kosztuje ok 40 zeta, i uważam, że wart jest swojej ceny, będzie stanowił udany upominek.


Do 30 listopada na stronie https://www.janda.pl/  jest dostępny w promocji  -20%



piątek, 18 listopada 2016

Makijaż "trochę błysku"

Trochę błysku na te ciemne, listopadowe dni...








Kosmetyki, których użyłam:


MY SECRET face illuminator powder <klik>


RIMMEL LASTING FINISH POWDER 25 HR  FOUNDATION OO2 SOFT BEIGE

 MAYBELLINE dream lumi touch 01

L’Oreal Volume Million Lashes Fatale <klik> 

FLOMAR teracott blush-on 41 romantic salmon

AVON neonowa konturówka glimmerstick eyeliner aqua shock <klik>
 
MaxFactor colour elixir 730 flushed fushia <klik>

pigment mineralny z kolorowka.com kolor charming cherry

 Pigment mineralny z kolorowka.com kolor Atena <klik>

wet and wild glitter single E3552 groupie

CATRICE prime and fine eyeshadow base 

MAYBELLINE BROWdrama scultpting brow mascara medium brown 


CATRICE camouflage cream 010 ivory

INGRID mineral SILK & LIFT podkład mineralny 29 porcelanowy


środa, 16 listopada 2016

Cechy i umiejętności, które możesz w sobie doskonalić prowadząc bloga

Nie tylko prowadząc bloga -  można to przełożyć sobie na szereg innych aktywności - ale dzisiaj w kontekście blogowania, sprawdzone (właściwie wciąż sprawdzane) na mnie. Myślę, że tę listę można poszerzyć, ale na dziś wybieram:








systematyczność

Powtarzalność - w sensie przygotowywania, pisania i publikowania postów, nie marudzenia wiecznie o tym samym :)
Konsekwencja w tychże działaniach. Znajdowanie czasu na to.
Swego rodzaju rutyna - w rozumieniu wypracowywania sobie przydatnych przy blogowaniu nawyków, a nie nudzenia (się i innych).
"Uważaj na swoje nawyki, stają się charakterem. Uważaj na swój charakter, on staje się twoim losem” (Frank Outlaw).






kreatywność

Brak czasu. Światła. Tła. Sprzętu. Dwóch dodatkowych rąk i oczu naokoło głowy. Złośliwość- przedmiotów martwych, a czasem i ludzka. Tzw. niedoczas. Długa litania większych i mniejszych kłód pod nogi, które bywają bądź są zarówno tych ściśle związanych z prowadzeniem bloga, jak i w pozablogowym  kontekście życiowym. I które jakoś zazwyczaj dadzą się ominąć, obejść, przeskoczyć.  Potrzeba jest matką wynalazków, a mam wrażenie, że bardziej główkujemy, gdy mamy pod górę, niż wiatr w plecy.  Z drugiej strony tak krawiec kraje jak mu materii staje. Ale przez to czasem wychodzą ciekawe rzeczy. Weźmy np. przypadek zupy z gwoździa  :) Wszak "Kreatywność to inteligencja w trakcie zabawy". (A.Einstein)






pokora

Nie w sensie posypywania głowy popiołem i samobiczowania, ale wiecie: siedzę czasem długo nad jakimś postem, przykładam się, a potem się okazuje, że ten post ma mniej wyświetleń niż inny, którego zrobienie nie kosztowało mnie tyle czasu i energii. Albo kiedy skasowałam niechcący post, nad którym sporo siedziałam- miałam do tej pory tylko kilka takich sytuacji, ale każdą pamiętam dobrze i wierzcie mi -  wg Prawa Murphy'ego, że chleb zawsze upada na ziemię posmarowaną masłem stroną - nigdy nie była to krótka recenzja kosmetyku, tylko właśnie post, który kosztował mnie trochę czasu i wysiłku, i zawsze w takiej sytuacji chciałam ze złości walić głową w ścianę ( a wiedźcie, że w życiu pozablogowym jestem raczej mocno nerwowa), tymczasem zamiast tego... siadałam i pisałam od początku...
Albo: bloguje tyle czasu, a nie mam jeszcze miliona wyświetleń. Miliona na koncie. Co tam miliona. Nie jestem po prostu sławna i bogata, to by mi całkowicie wystarczyło. A tak na poważnie: pokora czasem się bardzo przydaje. Bez pokory trudno też o cierpliwość. Albo chociażby: jak się nauczę, jak nie przyznam się, że nie umiem, i jak się dowiem, jak nie przyznam się, że nie wiem?
A przecież
"Ciągle jeszcze się uczę."  - Michał Anioł w wieku lat 87.
ciągle jeszcze się uczę.







dystans do siebie

Wyrażany na blogu słowem, oraz  obrazem ( w sensie foty). Nie traktuj siebie tak poważnie. Nikt poza tobą tego nie robi. ” (R. Brett). Nie sposób traktować siebie poważnie, być mimozą i wystawiać się na widok publiczny i ewentualną krytykę blogując. Zasadniczo cokolwiek się robi, zawsze można spotkać się właśnie z tego powodu z krytyką, a niestety nie zawsze z tą konstruktywną.... Jest tylko jeden sposób na uniknięcie krytyki: nic nie rób, nic nie mów, nikim nie bądź.” Tyle  Arystoteles.
Wg mnie po prostu: kruche i wielkie  (co za niepraktyczne połączenie!) ego  jest przeciwnikiem jego posiadacza, rozwoju, samodoskonalenia, działania, a więc i blogowania (patrz: pokora).







pisanie

  "Chodzi mi o to, aby język giętki. Powiedział wszystko, co pomyśli głowa." J.Słowacki
Dokładnie o to mi chodzi. Pisanie  - choć jest oczywiste, że pisząc ćwiczy się pisanie - zostawiam sobie na koniec tego posta. Nigdy co prawda nie sprawiało mi problemu wyrażanie i przelewanie myśli na papier tudzież ekran komputera, ale przy pisaniu postów  wyzwaniem bywa czasem dla mnie gdy chcę przekazać wiele rzeczy, z których każda jest dla mnie interesująca. Czyli wszystko i na raz. I jak to uczynić w tym oto miejscu w sposób klarowny i zrozumiały, aby  przekazać Wam w poście to, co w mowie przekazałabym z szybkością karabinu maszynowego (bo mówię szybko :) do tego posiłkując się tonem głosu i gestem :) 
Do tej pory kilka postów było dla mnie takim wyzwaniem, i cieszę się, że mu sprostałam, a było to naprawdę dobre ćwiczenie już nie na samo pisanie w sensie używania słów, ale na porządkowanie toku myślenia, tak żeby w tym klarownym porządku przekazać tu to co chcę powiedzieć Wam.




Tyle ja na dziś. Zgadzacie się z moją powyższą listą? Co jeszcze dodalibyście do niej?

wtorek, 15 listopada 2016

Koreański żel nawilżający Leclawel z PTASICH GNIAZD

Koreańskimi kosmetykami interesuję się nie od dziś,  a zaczęłam dużo wcześniej, niż zaczął się obecny, drugi już, ale nieporównywalnie większy od pierwszego sprzed kilku lat, szał na owe kosmetyki. Właściwie to zaczęłam używać kremów BB już przed tym pierwszym szałem :) 




Część kosmetycznych zakupów z Korei <klik>



Używam go od końca czerwca b.r.
Spędziłam tylko z nim (i kremem z filtrami na dzień) całe 3 tygodnie urlopu, toteż teraz jego zapach bardzo mi się kojarzy z minionymi wakacjami.
Nazwę ma ciekawą,  zawiera ekstrakt z ptasich gniazd, ale czy jest to składnik naturalny, czy syntetyczny i jakich to  ptaków gniazda? Na obrazku widzę  jaskółki...
Cóż przy takim ekstrakcie filtrat ze śluzu ślimaka wydaje mi się już całkiem powszednim składnikiem... :)

Może ktoś wie o nim więcej? To proszę o informację w komentarzu...



Kosmetyk ma postać przyjemnie pachnącego, całkiem przezroczystego żelu:




Używałam go na noc  na twarz (również pod oczy), oraz na ciało kiedy się oparzyłam słonecznie.

Żel ładnie nawilża, a chyba jeszcze lepiej - napina i ujędrnia skórę, a to dla mnie bardzo ważne.
Nie podrażnia, nawet mojej skłonnej do podrażnień, skóry pod oczami.
Dobrze się wchłania, nie lepi na skórze.
Kosmetyk ma dużą pojemność, jest wydajny.
Nie wiem ile kosztował, bo nie ja go zakupiłam, a te koreańskie cuda przytachała dla mnie z Seulu Nails tale :)

Jestem z niego zadowolona, i zużywam go dalej.

A Wy spotkaliście się już kiedyś z takim kosmetykiem?

poniedziałek, 14 listopada 2016

BARWA Szampon piwny z kompleksem witamin



Dostałam ten szampon w prezencie. Czy był to prezent trafiony? Czytajcie dalej.




Jego cena to ok. 5 zeta/300 ml.
Przyznaję ze wstydem, że choć kupiłam sobie tanie i skromnie wyglądające szampony rosyjskie i ukraińskie, to ten w sklepie nie trafiłby do mojego koszyka - opakowanie jakoś tak kojarzy mi się z szamponem pokrzywowym z czasów PRLu. Zapach też ma taki, piwny ma tylko kolor, bo na pewno nie zapach.
Tymczasem...
to dobry szampon, oczyszcza włosy, wytwarza bogatą pianę, nie podrażnia, nie kołtuni mi włosów, wg mnie spełnia obietnice producenta, do tego zauważyłam, że po jego użyciu włosy mi się lepiej układają!
Jestem na tak, jestem również ciekawa innych produktów z tej serii.

niedziela, 13 listopada 2016

Makijaż "ciepło-zimno"

Na powiekach dużo ciepła pod postacią jesiennych kolorów, i trochę błękitnego chłodu.

Zdjęcia jak zawsze u mnie w tego typu postach wykonane w naturalnym świetle dziennym, w wyjątkowy ostatnimi czasy bo słoneczny dzień.








Kosmetyki, których użyłam:



MY SECRET face illuminator powder <klik>

BOURJOIS Blush 12 brun poudre <klik>

Lirene City Matt mineralny puder matujący 01 <klik>

L’Oreal Volume Million Lashes Fatale <klik> 

Avon glimmerstick chromes eye liner mocha flash <klik>

My Secret lip liner 02 nude lips 

ESSENCE BIG BRIGHT EYES nude 

Pierre Rene  130 HYPNOTIC

INGRID mineral SILK & LIFT podkład mineralny 29 porcelanowy

MAYBELLINE BROWdrama scultpting brow mascara medium brown 

kolorowka.com pigment Indian Red <klik> 

INGLOT cień do powiek pearl 452

 10Pierre Rene cień metallic 117 PARADISE <klik>




Wpis ten i moje w nim autoportrety biorą udział w konkursie FOTOGRAFUJ! Etap: AUTOPORTRET




zBLOGowani.pl
Nagrodą w nim jest o aparat Olympus. Fotografować lubię nie od dziś, robię tysiące zdjęć - bardzo lubię fotografować plenery, a z racji moich blogowych zainteresowań chyba jeszcze częściej cykam sobie właśnie różnego rodzaju - autoportrety, za pomocą których pokazuję Wam makijaże, stylizacje czy też działanie kosmetyków.
Nowy aparat Olympus pozwolił by mi na dalsze rozwijanie moich fotograficznych pasji. Obrotowy wyświetlacz i niewielkie rozmiary aparatu  znacznie ułatwiłyby mi moje różnorakie sesje zdjęciowe. Zaś z punktu widzenia bloga - jakość moich selfie byłaby o wiele lepsza - a przecież to ja sama jestem tutaj na moim blogu nie tylko moją makijażystką, wizażystką, stylistką, ale także - fotografem!  :)

piątek, 11 listopada 2016

Bloger/ka to stan ducha czyli co mnie inspiruje i motywuje u [innych] blogerów/ek #1









Pasja. Zaangażowanie. Kreatywność. Ciekawość. Chęć rozwijania i uczenia się.  Wszystko to widzę na blogach, które z zainteresowaniem śledzę, ale to pojęcia, których tu dziś nie będę rozwijać, a skupię się na kilku innych sprawach, a wszystkie one są ze sobą powiązane i można je zaobserwować na blogach o różnej tematyce, pisanych przez różne osoby.







1. Motywacja
czyli
żeby się chciało chcieć...



Doba ma 24 h. Dla wszystkich. Ja wiem, są sytuacje, są zdarzenia, są różne okresy w życiu, są kwestie, gdzie nie mamy wyboru czemu aktualnie poświęcić czas uwagę. Tym niemniej jest też kwestia priorytetów- ktoś, mimo posiadania dokładnie takich samych zajęć i obowiązków jak ktoś, kto bloga nie prowadzi – robi również i to. Blogerzy, vlogerzy to ludzie, którym się chce coś robić. Zapewne dlatego niektórzy z nich uzyskują taką popularność czy profity, rozwijają własne działalności, zmieniają kraj zamieszkania - bo im się chce, i zawsze chciało coś robić. Coś więcej niż trzeba, żeby po prostu jakoś żyć i mieć święty spokój. Czyli wg mnie to kłania się w tej chwili sama góra piramidy potrzeb Maslowa, i obecna tam samorealizacja. Takim ludziom chce się zadośćuczyniać owej potrzebie, czy też może mają ją tak bardzo silną, że niemożliwością jest, by tego nie robili









2. Nieużalanie się nad sobą
czyli
a pal licho pecha i niekorzystny biometr





Chyba - tak ja to przynajmniej widzę, bo ja mam - każdy ma jakieś problemy, perypetie, smutki. Różnego kalibru, długości trwania, częstości powtarzania itp., itd.
Oraz no wiecie: złośliwość przedmiotów martwych, czysta ludzka złośliwość, biednemu to zawsze wiatr w oczy, skasował mi się niechcący cały gotowy post, który robiłam dwa dni...
W blogu pokazujemy i dzielimy się akurat tym, czym chcemy, a najczęściej chcemy w nich dzielić się pozytywnymi odczuciami. Pokazujemy pozytywne strony naszego życia i sądzę, że skupiając się na pozytywach stajemy się niejako sami przez się, na zasadzie kuli śnieżnej, jeszcze bardziej pozytywnie nastawieni i zadowoleni. 
Mimo wszystko.







3. Skupianie się na możliwościach, a nie przeszkodach
czyli

a) robię co mogę i nie ma żadnego "ale"





Ktoś nie ma tak super aparatu fotograficznego jak ktoś inny. I co z tego. Aparat nic sam nam nie załatwi i nie zagwarantuje. Ktoś zajmuje się makijażem, a jest facetem, i nawet jeśli sam się maluje, to jak ma przedstawić kobiecy makijaż na swojej twarzy? Potrzebuje modelki, podczas gdy wszystkie panie mają do dyspozycji w każdej chwili na każde zawołanie przynajmniej jedną kobiecą facjatę - no swoją. Takich przykładów znalazłoby się multum. Komuś jest z czymś akurat łatwiej, komuś trudniej. Skupiając się na przeszkodach i trudnościach nikt najpierw nie zacząłby, a potem nie zrobiłby nic.






b) piękne sny o potędze kontra zwyczajne działanie



Bym zrobiła masę fantastycznych, imponujących, odkrywczych, oryginalnych rzeczy, bym świat zawojowała, gdybym te rzeczy była robiła.




To przykład zdania warunkowego i czasów przeszłego i zaprzeszłego. A oznacza owo zdanie ni mniej ni więcej ino to, że w rezultacie nic nie zrobiłam po tym jak uprzednio nic nie robiłam.

(Przekładając to na grunt blogowy: bym miała posty-arcydzieła, i najbardziej na świecie poczytnego bloga. Gdybym go była miała.)

Pomijając już same skutki działania, bo nie o nich teraz mowa:  są ludzie, u których - notorycznie, stale, na zasadzie nawyku, reguły a nie wyjątku - "zrobię" oznacza zapowiedź działania, a są ludzie, u których "zrobię" oznacza "witaj kraino ułudy."

To drugie podejście obce ludziom, którzy akurat robią to coś, co robią. Po prostu. Nie wiem czy i ile świata przez to zawojują, ale mają utrwalony schemat: zrobię -> robię->zrobiłam.
W warunkach, jakie mam.
Nie: "zrobię." I.... nic.
Bez: "bym", "gdybym".
Żadnego czasu zaprzeszłego.






Oczywiście nie jest tak, że wszystko wymienione powyżej widzę i podziwiam tylko u blogerów.


Ale w tym poście piszę właśnie o tej formie działania jakim jest blogowanie, na której można zaobserwować wypunktowane przeze mnie powyżej rzeczy dotyczące jej autorów.




Kochani: a jakie są Wasze odpowiedzi w kwestii zawartej w nagłówku tego posta???

środa, 9 listopada 2016

SKIN79 CUSHION HYALURONIC 23 NATURAL



Wybrałam sobie ten kosmetyk jako prezent na urodziny, a kosztował 100 zeta.
Planowałam zużyć go latem, toteż wybrałam odcień ciemniejszy, nr 23.
W opakowaniu wygląda na mega ciemny, ale taki nie jest, choć dla mnie nadaje się na opaloną skórę.



Kosmiczne moim zdaniem pudełeczko, do którego można dokupować samą poduszeczkę- wkład.







Efekty na twarzy:




PRZED
PO



PRZED
                                                                                PO




Efekty są wg mnie całkiem dobre, kosmetyk ładnie niweluje zaczerwienienia i drobne niedoskonałości. Ma beżowy kolor, który mi się podoba. Jego trwałość określiłabym jako zadowalającą.
Jednak
męczy mnie jego formuła, naciskanie gąbką - aplikatorem na gąbkę- dozownik, a potem dociskanie do twarzy... Poza tym, albo część winy jest po mojej stronie, że za mało go używałam i jakoś szybko wysechł, albo jest mega niewydajny.
Uważam, że to ciekawa nowinka, ale mnie nie porwała, cieszę się, że mam go w formie prezentu, bo już wiem, że sama sobie bym go nie kupiła, i więcej nie kupię, wolę klasyczne kremy BB. Ale na wszelki wypadek nie wyrzucę oczywiście pudełeczka, do którego można dokupywać wkłady.


A Wy znacie ten kosmetyk? Co o nim sądzicie? I o takiej formule?

wtorek, 8 listopada 2016

Moje włosy #2 fryzury - przeróżne :)

Poprzedni mój przekrojowy post w tym temacie czyli 
spotkał się z życzliwym zainteresowaniem, kto nie czytał, tego zapraszam, ale teraz przedstawiam post dotyczący moich fryzur. 
Będzie znowu sporo prywaty, znowu nieco sentymentalnie, ale widać ta tematyka mocno jest z prywatą związana...





Znacie to uczucie, kiedy patrzycie w lustro (albo mówi to Wam ktoś naprawdę zaufany, co do którego nie macie wątpliwości, że nie jest złośliwy i że dobrze Wam życzy) i widzicie, że macie na głowie kompletną bezfryzurę?
Ja je znam. Miałam tak miliony razy - i miewam do dziś -  można bez problemów określić wtedy długość włosów, ale  poza tym to całkowity bezkształt.
Ewentualnie z moimi suchymi, kręconymi włosami często występować może fryzura, która ma co prawda nawet nazwę"piorun w rabarbar" (wg mnie to raczej rozgrabiony stóg siana),  ale mimo posiadania tejże  nazwy to  - wygląda doprawdy fatalnie.

W tym poście przedstawię Wam jednak sytuacje przeciwne - kiedy na przestrzeni czasu posiadałam  (bądź posiadam)  zdecydowaną/jakąś fryzurę :)



Dzieciństwo:
włosy urosły mi naprawdę szybko. I ----> warkocze.






Darcie włosów przy rozczesywaniu.
Szampony służyły wtedy chyba wyłącznie znęcaniu się nad małymi długowłosymi dziewczynkami: żadnych tam składników pomagających nie plątać włosów, żadnych tam nie szczypiących w oczy receptur. PRL nas nie rozpieszczał.
Do czesania moich długich włosów, żebym nie płakała Babcia  pozwalała mi zakładać jednej zimy piękne czerwone sandałki na malutkim obcasiku kupione już na następne lato. Znosiłam te sandałki przed latem, właśnie do tego czesania. Do dziś je pamiętam. Piękne były.




Pierwsza ekstrawagancja (nie znałam jeszcze słowa "ekstrawagancja" , ale je wtedy pierwszy raz poczułam ją na sobie ) :
wszystkie dziewczynki na komunię miały zapuszczane włosy, a moje Mama mi na tę okazję obcięła i sama je uczesała:



Podstawówka minęła mi na długości włosów od do ucha do za ramiona, przy czym raz potrafiły się ładnie skręcić, a raz były prawie proste. Zależy od dnia. I tak mają do dziś. Włosy obcinała mi Mama.

W pierwszej klasie liceum obcięłam sobie włosy u fryzjera  (pierwszy raz u fryzjera byłam w wieku 16 lat)  "na chłopaka", i przez 4 lata liceum miewałam fryzury od "na chłopaka" do długich.


Na studniówce chciałam mieć fryzurę jak Kate Winslet w "Titanicu"...


W tym celu pierwszy raz w życiu udałam się do fryzjera na czesanie.

Wyszło tak:


w sumie to kolor (mój naturalny) się zgadzał. Cóż, moim towarzyszem też nie był Leo DiCaprio...


Potem nadeszły tzw. wieki ciemne ("Bóg mnie opuścił")  bo sama sobie obcinałam włosy... Przez całe studia...



Na ślub miałam  cudną fryzurę zaproponowaną przez fryzjerkę  (moje drugie po studniówce  czesanie u fryzjera w życiu):



I tak we fryzurze a'la lata 20-te zakocham się od razu, i do dziś wracam do niej przy okazji większych imprez, zawsze do tej samej fryzjerki, która przy ostatniej jak dotąd takiej okazji (wesele w sierpniu b.r. ) spytała mnie: "To co, czeszemy Panią jak zawsze, jak w filmie?"


Powyższe zdjęcia pochodzą z posta  
Makijaż The Roaring Twenties czyli Lata dwudzieste, lata trzydzieste... cz. 1 <klik>
gdzie możecie zobaczyć ich więcej :)

Wiadomo - każdy chce odwrotnie, i choć nigdy nie marzyłam o prostych włosach, bo podobają mi się pięknie zdefiniowane skręty, to mając lat ok. 30 pierwszy raz przy okazji strzyżenia wyprostowałam  sobie włosy  u fryzjera prostownicą (pierwsze zdjęcie z lewej). Od tamtej pory zwyczajowo raz na rok idę do fryzjera na takie czesanie włosów ( zdjęcie pierwsze z lewej mój naturalny kolor włosów, dwa pozostałe - rozjaśniony farbą blond). Wyglądam wtedy tak dziwnie, jak nie ja.



O etapie pozbywania się czerni z włosów, i w związku z tym obcięcia ich i wyglądania jak rekonwalescent po tyfusie (8 lat temu)


pisałam we wspomnianym poście o kolorach moich włosów.


Fryzurze poniżej (również od fryzjerki, zainspirowałam się złota erą Hollywood)  zawdzięczam pytanie kolegi na imprezie, na której w niej wystąpiłam: "Skąd Ty bierzesz te swoje fryzury? Kupujesz ja na Allegro? Pokaż gdzie masz od niej metkę!" :)


Lubię też fryzury na jeden bok (taką jeszcze ogarnę zrobić sobie sama):


takie, wiecie, też w stylu gwiazd Hollywood :)



oraz a'la pin-up girl (jak na razie próbowałam samodzielnie je wykonywać):


uwielbiam też wszelkie ozdoby i nakrycia włosów







a na co dzień często chodzę w różnych, spokojniejszych opaskach:



Na koniec muszę wspomnieć, że jeśli chodzi o czesanie to jestem raczej beztalenciem, nie potrafiłabym wykonać na sobie jakiś koków, chociaż włosy mam bardzo podatne na układanie, nie umiałam nawet sama posługiwać się prostownicą.

Co do dążenia do stałego posiadania jakiejś fryzury i zdefiniowanego skrętu włosów oraz zadowalającej ich objętości to wdrożyłam kilka miesięcy pielęgnację włosów, którą mam zamiar Wam opisać, a właściwie opisywać Wam na bieżąco, w oddzielnych postach. 

Ale najpierw - a jakże - szykujcie się na kolejny przekrojowy post o mojej pielęgnacji włosów na przestrzeni lat :) Będzie krótszy i dużo mniej zdjęć, ale i tak momentami będzie doprawdy zabawnie, obiecuję :)