środa, 2 listopada 2016

Film OSTATNIA RODZINA



Obejrzałam ten film kilka tygodni temu, i trochę się jak widać zeszło, zanim ten post ujrzał światło dzienne. Dlaczego? Pewnie dlatego, że  - przynajmniej pewną warstwę tego filmu  - przyjęłam osobiście i od razu,i dlatego dla mnie właściwie wszelkie słowa odnoszące się do niego były zbędne, nabrałam wrażenia i zdania o tym filmie właściwie omijając etap ich werbalizacji. Nie zdarza mi się to często, ale zdarza się, gdy coś do mnie trafi. Ten film trafił. A ponieważ uważam film za wart tego,  postaram się przywołać słowa do mówienia o nim i jeszcze uporządkować je w sposób strawny dla Odbiorcy, aby Wam o nim napisać.
Przed obejrzeniem "Ostatniej rodziny" przeczytałam w prasie kilka pochlebnych recenzji zawodowych krytyków filmowych, zaś po jego obejrzeniu przy przeszukiwaniu Internetów spotkałam się z dokładnie odwrotnymi opiniami, emocjonalnymi i pochodzącymi od ludzi, którzy znali osobiście członków rodziny Beksińskich. Ponieważ mam w głowie te recenzje, a z ich drugim rodzajem osobiście się nie zgadzam to nie uniknę w dalszej części tego postu odniesienia się do pewnych ich zarzutów.

Jako, że ja nie znałam osobiście Beksińskich moja opinia o filmie będzie pozbawiona emocji z tym związanych, z drugiej zaś strony nie jestem zawodowym krytykiem filmowym a to nie jest prasa, i mogę przy okazji robić takie dygresje i wycieczki, jak mi się podoba.

Kojarzyłam od dawna obrazy Zdzisława Beksińskiego, przy czym bałam się ich, więc nie wgryzałam się specjalnie - a właściwie to w ogóle  - w jego twórczość. O Tomku Beksińskim usłyszałam pierwszy raz na lektoracie z łaciny na pierwszym roku studiów, kiedy temat luźnej rozmowy oddalił się od przerabianej czytanki (o błogosławione chwile!) i zszedł na jego niedawne wtedy samobójstwo.
Napisy początkowe informują nas, że film bazuje na prawdziwej historii. Dla mnie staje się od razu oczywiste, że  skoro bazuje to znaczy, że jej jota w jotę wiernie nie odtwarza. Nie jest to film dokumentalny, dokumentalizowany, biograficzny itp., itd., etc. Kinematografia jest wszak X Muzą  i w przypadku jej twórców nie dziwi - jak  i w innych rodzajach sztuki - licentia poetica. Czyli własne widzenie spraw, które owi twórcy nam przedstawiają - zapewne z tego powodu nazywamy ich "twórcami" a nie "odtwórcami".  A ten film jak już zostało powiedziane nie jest dokumentem i nawet nie pretenduje do jego miana.

Z drugiej strony faktom trudno zaprzeczyć, a gdyby nie świadomość, że film odnosi się do prawdziwych postaci i zdarzeń można by uznać, że wszystko to jest tylko dziwacznym pomysłem scenarzysty i reżysera, a tymczasem w tym przypadku w moim mniemaniu rzeczywistość przerosła fikcję, co zdarza się wcale nie tak rzadko bo jak słusznie stwierdził  Mark Twain: "Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna." Film nie byłby tak mocny w swoim wyrazie, gdyby prezentował czystą fikcję. 

Beksińscy zostawili po sobie masę materiałów, z których twórcy filmu o nich mogli czerpać garściami, i to zrobili - to chyba nie dziwi. Wymowa całego filmu jako ukończonego dzieła i interpretacja tego, co zostawili po sobie Beksińscy jest już autorskim tworem. Dla mnie to oczywiste. Świat należy do interpretatorów. Komu nie podoba się interpretacja autorów tego filmu, niech spróbuje własnej i ją nakręci. W końcu prawie każdy to potrafi. A sorry, a jednak nie.

Film przedstawia nam jego bohaterów - ludzi nietuzinkowych, oryginalnych, dziwacznych, nienormalnych - i dośpiewajcie sobie dalsze wyrazy bliskoznaczne. Ludzi wrażliwych, twórców, artystów. Momentami szokuje, gdyż ludzie ci mówią głośno to, co zwykły zjadacz chleba boi się nawet pomyśleć. a już na pewno nie chce pomyśleć o sobie. Patologia? Nienormalność? Patologiczna rodzina? Hmm ludzie, których to dziwi i oburza może powinni spojrzeć lustro. No nie wiem jak Wy, ja słyszałam już wiele prze-dziwacznych opowieści o całkiem "normalnych" rodzinach i ludziach. W świecie, gdy "normalni" ludzie wstydzą się "w rodzinie" wielu rzeczy (również za kogoś)  i je ukrywają - co czasem powoduje więcej szkód niż sam fakt, którego się wstydzą, i owo ukrywanie i udawanie jest bardziej patologiczne niż stan rzeczy, który ukrywają: widzimy rodzinę Beksińskich, której członkowie mówią i robią rzeczy szokujące. Czym? Czy tylko swoją dziwacznością? Dla mnie również- szczerością. Co do patologii i nienormalności to o ile o rodzinie już wspomniałam, to teraz w kwestii pojedynczych jednostek - powiem Wam, że w swoim życiu słyszałam już kilkoro całkiem "normalnych" nieznanych nikomu szerzej, tzw.  zwykłych czy może zwyczajnych ludzi, którzy sami twierdzili, że są ostro popie_doleni. I  wiecie co? Moim błędem było, że im od razu szybko nie uwierzyłam  na słowo.  Bo - są.  A ludzie, których teraz mam na myśli nie są artystami, twórcami i raczej, cóż, nie zostawią po sobie spuścizny choć porównywalnej z tą po Beksińskich.

Czy piszę to w obronie postaci, które zobaczyłam w "Ostatniej rodzinie" i całego filmu? Nie. Nie uważam, że taka obrona jest potrzebna. Piszę to, bo mnie z kolei dziwi to zadziwienie, że Beksińscy byli tacy nienormalni, podczas  gdy ja bym tak szybko nie rozstrzygała czym jest owa normalność. Na pewno wrażliwość i postrzeganie świata, a także manifestacja tegoż w tym, co tworzyli, i tym, jak żyli no nie jest statystyczna. I co z tego? Zastanawiam się, w którą stronę działa ta zasada: czy przez to, że rzecz dotyczy twórców, artystów to  mieli oni odwagę przedstawiać pewne sprawy tak brutalnie - brutalnie szczerze, czy przez to, że mieli taką odwagę to tworzyli? 
Może powtarzające się słowo "patologia" to wynik tego, że to widzom zależy na tym, żeby przeciwstawić rodzinę, którą widzą na ekranie sobie samym? Idąc tym tokiem myślenia, bohaterów filmu może choć trochę tłumaczy, że są artystami, twórcami, i ich bliskimi, a co wytłumaczy zwykłych dziwaków  (żeby nie używać mocniejszych słów), co poza tym, że są dziwakami nie robią w życiu nic szczególnie  godnego uwagi? Niemile brzmi, co. Brutalnie.

Ludzie, którzy osobiście znali Beksińskich teraz burzą się, że to przecież byli wspaniali, kochający się, wrażliwi  ludzie. A ja się pytam, gdzie w tym filmie jest pokazane, że tacy nie byli? Ja nie widzę. Widzę za to wielkie zrozumienie twórców filmu dla jego bohaterów. A ze zrozumienia powstają rzeczy wspaniałe. Jak np. ten film. Dziwi mnie, że tak dojrzały obraz wyszedł spod ręki  zaledwie 32-letniego reżysera.
Burzenie się, że to byli wspaniali ludzie również mnie dziwi, bo ja nie widzę ludzi nie-wspaniałych, widzę ludzi prawdziwych. Czy dziwnych? Ja widzę dużo dziwnych ludzi, przy czym - inaczej niż w przypadku Beksińskich -  dla reszty ludzkości nic z tego nie wynika, o czym już napisałam. Co to jest normalność? Jak daleko można być nieszczerym wobec innych i wobec samego siebie w dążeniu do owej założonej sobie normalności? To chyba temat nie na tego posta. Ale zmierzam do tego, że w "Ostatniej rodzinie" nie widzę tej nieszczerości, i tego fałszu. Za to głosy oburzenia na to, jak została przedstawiona rodzina Beksińskich ze strony ich znajomych i rodziny przypominają mi - powszechną a mnie wciąż zadziwiającą - właśnie tę chęć mówienia o sobie i o ludziach bliskich tylko tak, jakby byli idealni i odlani z brązu, wyrzeźbieni z marmuru, i jakby właśnie tylko  bliscy i rodzina mogli o nich mówić- co jest nie do wykonania w przypadku ludzi znanych, tak jak Beksińscy. Jeśli, dajmy na to, ktoś miał wujka XY, który nie jest znany, nie zostawił po sobie żadnego dorobku, nic nie tworzył - prawdopodobnie ustrzeże się tego dyskomfortu, że obcy ludzie przedstawią mu wujka w sposób, w jaki on nie chciałby by wujek był przedstawiony "on- wcale- taki- nie -był"  i to na forum co najmniej krajowym... Poniekąd urocze jest, że ludzie, którzy piszą teraz, że Beksińscy "wcale tacy nie byli" i dają przykłady ich zachowań, których nie spotkamy w filmie - i tak sami nimi jeszcze potwierdzają, że no byli to ludzie dziwni. Nie zrozumcie mnie źle - w tym moim stwierdzeniu nie ma żadnej oceny. Nie odbieram też takich stwierdzeń jako obrazy, być może dlatego nie uważam za zasadne, by kogokolwiek przed nimi bronić
Ja osobiście w tym filmie widzę ludzi prawdziwych - ludzkich, nie idealnych. Uważam to za wielki atut tego obrazu. I - jakkolwiek twórcy filmu by nie korzystali z własnej licentia poetica - wracamy do kwestii prawdy, a "Prawda rzadko bywa czysta, a nigdy nie jest prosta." (Oscar Wilde). Chociaż oczywiście nie zamierzam przekonywać nikogo do tego filmu na siłę, bo o gustach się nie dyskutuje, wyrażam tu moją opinię i zdanie.


Nie bez powodu piszę tego posta w okolicy 1 listopada - w całym filmie mocno zaznaczona jest obecność śmierci, choć wg mnie to film o życiu, tzw. życiowy - pewnie też, a może głownie dlatego, że jest i o śmierci. Już tylko na podstawie tej - nieznanej mi wcześniej informacji -  że był tłumaczem Monthy'ego Pythona mogę sądzić, że Tomek Beksiński miał bardzo specyficzne (oraz czarne) poczucie humoru. I właśnie takiego poczucia humoru można uświadczyć również oglądając "Ostatnią rodzinę". Nie wiadomo momentami śmiać się czy płakać, i właściwie można robić obie te rzeczy na raz - samo życie, i dlatego wg mnie to bardzo życiowy film.

Słów kilka o grze aktorskiej całej trójki aktorów odtwarzającej główne role - wspaniała. Robi wrażenie również charakteryzacja Andrzeja Seweryna. Niesamowity jest też sposób mówienia Dawida Ogrodnika ( mnie irytujący, ale rozumiem, że właśnie taki miał być) który wg mnie bełkocze niewyraźnie, a równocześnie przecież jest doskonale zrozumiałe, co mówi. 

Tak oto jak powyżej postarałam się rozwinąć, krótkie stwierdzenie używane przeze mnie do celów prywatnych, że "zrył mi banię" ów film. Tylko, że wg mnie - nie warto za bardzo poświęcać swojego czasu i uwagi sztuce, co właśnie nie ryje bani czyli nie robi na człowieku wrażenia, nie porusza, nie inspiruje,  i nie zmusza do refleksji.
Widziałam gdzieś cytat z recenzji, że film ten "Zostaje w widzu" - trafione w sedno, we mnie został. "Owe "zostaje w widzu" może jest grzeczniejszą formą mojego "ryje banię" ?



Na koniec dodam, że po otwarciu Internetów po powrocie z kina ku mojemu zdziwieniu dowiedziałam się, że wielokrotnie bywałam w okolicy i dosłownie przed blokiem na warszawskim Służewie, w którym mieszkał Zdzisław Beksiński jeszcze za jego życia. Skąd miałam wtedy wiedzieć, że dzieje się tam jeszcze fabuła "Ostatniej rodziny"..?


A Wy obejrzeliście ten film? Jak Wasze wrażenia?

1 komentarz:

  1. Super recenzja! Mark Twain miał rację. Obserwuję i pozdrawiam!^^

    OdpowiedzUsuń

Zachęcam do pozostawiania komentarzy i z góry za nie dziękuję :)
Komentarze zawierające link nie będą publikowane.