wtorek, 14 marca 2017

O spełnionych dziecięcych marzeniach czyli jak niemożliwe stało się możliwe :)

Dzieciom z lat 80-tych  :)




Tytuł może zabrzmi trochę niby bajka, i coś w tym jest: albowiem to, co nastąpi niżej dla wielu z Was może być jak bajka. O żelaznym wilku. Jeśli sami tego nie pamiętacie (a coś mi się wydaje, że osób młodszych - i to coraz bardziej - ode mnie jest już może więcej niż moich rówieśników i starszych) musicie wierzyć mi na słowo, lub skonsultować się z kimś, kto może sięgnąć tak własną pamięcią i odnieść się do moich słów :)

Kiedyś była taka lektura szkolna w klasie pierwszej podstawówki "Jak Wojtek został strażakiem". Dzieci chcą być strażakami, przedszkolankami,  sprzedawczyniami, modelkami, lekarzami, itp., itd.  No więc... ten post nie będzie wcale o czymś takim, a ja podobno jak byłam mała chciałam zostać kwiaciarką, "bo w kwiaciarni ładnie pachnie". Nie jestem nią i nawet nie zamierzam, a tytuł jest wszak o marzeniach spełnionych...

To będzie post o tym jak niemożliwe staje się możliwe czyli o... nowoczesnych technologiach. I to wcale nie w odniesieniu do, bo ja wiem, podroży dreamlinerem czy ratowania życia ludzkiego... Tak, tak. To będzie o czymś, co dla wielu z Was jest tak oczywiste jak to, że można sobie kupić Coca-Colę i lizaki Chupa Chups... Jak ja byłam mała, to akurat też było niemożliwe, ale dziś nie chcę się skupiać na wszystkich aspektach życia w PRLu, które dziś może się wydawać całkowitym kosmosem. Konkretnie to będę pisać w tym kontekście  o ostatniej jego dekadzie bowiem urodziłam się w roku 1980, a moje pierwsze wspomnienia sięgają spokojnie  jakiegoś '83.


Do szóstego roku życia nie miałam w domu telewizora. (Żadnego, potem oczywiście czarno-biały). W niedzielę chodziłam na dobranockę do babci -  stałam z nerwów całe pół godziny przed telewizorem, gdyż tak mnie stresowały Przygody Pszczółki Mai, że nie byłam w stanie usiąść... Kiedy jakoś będąc w liceum przeczytałam tę książkę potwierdziło to moje wczesne wrażenia, iż ta bajka wcale nie była za wesoła...
Powinnam zatem chyba zostać autorem bestsellerów lub inżynierem lądowym - gdyż Stephen King w swojej książce Jak pisać. Poradnik rzemieślnika. napisał , że on i jego brat zostali właśnie pisarzem i inżynierem, gdyż nie posiadali telewizora przez parę pierwszych lat życia i przez to tak rozwinęli swoją wyobraźnię :)


Gdy kończyłam liceum Internet był tajemniczą sprawą, do której należało się podłączyć za pomocą telefonu stacjonarnego - nie było jeszcze Internetu w moim liceum. Kosztował krocie i ludzie siedzieli na nim tylko nocami, bo było taniej. Ja wtedy na oczy go nie widziałam.
Telefon stacjonarny miałam w domu dopiero będąc na pierwszym roku studiów. Pierwszy telefon komórkowy dostałam na gwiazdkę na drugim roku studiów. Z Internetu zaczęłam korzystać - i w ogóle z komputera -  gdzieś na trzecim roku studiów. Wtedy w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego Japończycy uroczyście otwierali taki "Internet w powietrzu" - że w konkretnym miejscu w BUWie można było sobie z niego korzystać bezprzewodowo, z własnego laptopa. Taka nowoczesność. Wtedy raczej nie miało to jeszcze nazwy wifi... Pierwszy własny komputer miałam w wieku lat 27 (słownie: dwudziestu siedmiu), tak samo cyfrowy aparat fotograficzny. Dziś sama w to nie wierzę, ale to prawda. Mam wrażenie, że już dawno na moich oczach pojawiło się więcej wynalazków, niż przez całe życie mojej prababci, która żyła prawie cały XX wiek.  Parę lat temu pytałam męża, co to jest dron - a dziś mogę se go kupić za jakieś 300 zeta. Zaraz pewnie zresztą jeszcze stanieje.


Tyle tytułem nakreślenia ogólnej sytuacji, bo jakbym od razu przeszła do tych moich dziecięcych marzeń, bez tego objaśnienia, to chyba byście się popukali w czoło :)




 A oto moje tytułowe marzenia: w kolejności, w jakiej zuchwale powstały w mojej głowie nie zważając na to, że są zupełnie niemożliwe do spełnienia :)




Mieć swoją telewizję.

Ten punkt jako jedyny co prawda nie został przeze mnie [jeszcze?] zrealizowany, ale to kwestia decyzji i wyboru. Od kiedy istnieje Youtube obiektywnych przeszkód: brak.

To pierwsze takie marzenie, które pamiętam.  W telewizorze, którego nie miałam na co dzień były dwa programy i nie do pomyślenia było, żeby było ich więcej, albo, żeby i w nocy nadawano programy, a co dopiero, żebym ja miała własną telewizję... Ale to było pierwsze marzenie, które pamiętam, jak to dziecięce pomysły: zupełnie fantastyczne i pozbawione wspólnego mianownika z rzeczywistością,  więc bawiłam się, że siedzę przed kamerą i mówię coś do moich widzów, opowiadam im o tym i o owym. Rzecz zupełnie niemożliwa, całkowicie awykonalna. Nawet, gdybym nie miała wtedy jakiś czterech lat :)




Mieć własny aparat fotograficzny.


Pamiętam, jak miałam z dziesięć lat i  patrzyłam na ruiny Zamku Książąt Mazowieckich w Sochaczewie kiedy w łuku ceglanego muru świeciło słońce, a ja sobie myślałam, jakby to było super, jakbym miała aparat fotograficzny i mogła zrobić zdjęcie... i zawsze nosiłabym go przy sobie, tak na wszelki wypadek, jakbym zobaczyła coś pięknego do sfotografowania... niemożliwe.  Oczywiście chodziło o aparat analogowy - o cyfrowym nikomu się wtedy nie śniło.... Być może już nigdy nie zrobię tego akurat zdjęcia - mam już w życiorysie kilka ważnych zdjęć, których nigdy nie zrobiłam i już nie zrobię, bo nie mogłam oderwać wzroku od tego, na co patrzyłam, tylko chciałam to jak najlepiej zapamiętać.  Ale wciąż robię wiele innych zdjęć, bo bardzo to lubię. Kocham też zachody słońca i ich fotografowanie.




Mieć zawsze przy sobie kalkulator.

W ostatnich klasach podstawówki  (a było ich wtedy osiem) chętne osoby z klasy szły kupować naszej wychowawczyni składkowy prezent od całej klasy. Osoba, która to ogarniała (a zawsze miała pomyślunek, dziś jest managerem hotelowego giganta) zawsze wygospodarowywała kilka złotych, żeby wszystkim obecnym przy tych zakupach kupić po batoniku czy lodzie. I zawsze był problem, jak to wszystko policzyć, podzielić, rozdysponować- i ta właśnie osoba wtedy specjalnie wchodziła do sklepu w tym celu, żeby ekspedientka z kalkulatorem nam to policzyła. Eh, jakby to było wygodnie zawsze mieć przy sobie kalkulator... zawsze obiecywałam sobie, że kupię sobie taki malutki kalkulatorek, i zawsze będę go ze sobą nosiła- nie tylko do szkoły...  Ale jakoś nigdy nie udało mi się tego zrealizować... Więc czasem bardzo żałowałam, bo taki kalkulator zawsze w kieszeni ułatwiłby mi życie...




Nie żałuję, że dorastałam w czasach takich, a nie innych, nie mam poczucia, że coś mnie ominęło. Nie zazdroszczę tym, którzy są ode mnie młodsi, i choćby już tylko dlatego mieli wszystko i od razu jeśli o technologie chodzi. Boję się tylko tego, że technologia w końcu zastąpi człowiekowi innych ludzi. Cóż, jak każde narzędzie człowiek może używać jej w różnych celach i na różne sposoby i jak zawsze to nie samo narzędzie, a tzw. czynnik ludzki jest problemem...... Dzieciom  do zabawy od zawsze wystarczyło byle co dlatego, że jak to dzieci,  resztę umiały sobie wyobrazić. Musiało im wystarczyć jeśli nie miały pod ręką nic innego. Teraz już coraz bardziej nie musi.
Ale myślę też, mam nadzieję, że mimo tego, że  dzisiejsze trzylatki korzystają z tabletów wśród nich trafią się pisarze i inżynierowie.

Gdyż jak stwierdził Darwin"Przetrwa nie najsilniejszy, ani nie najinteligentniejszy gatunek - lecz ten, który potrafi się najlepiej dostosowywać do zmian."

A nasz gatunek jest przyczyną wielu zmian, ale i przyzwyczaja się do nich :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zachęcam do pozostawiania komentarzy i z góry za nie dziękuję :)
Komentarze zawierające link nie będą publikowane.